Emeryci na rowerach

    Bogumił Drogorób [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Za miastem, po drodze, wyrastała wieś. Właściwie miasto już ją wchłonęło, ale znaki graniczne stały. Dalej trasa szła na Olsztyn.
         Przechodziła w kilku miejscach przez torowiska linii kolejowej zlikwidowanej, uważanej za nierentowną, przez most na Drwęcy. Skręcała w kilku miejscach, a potem już jak strzelił z bata.
         Taka szosa
         
    Codziennie jechały nią wielkie gabaryty, TIR-y - przez Ostródę, Olsztyn, w stronę granicy z Litwą. Albo na Bezledy, do hanzeatyckiego miasta, zwanego kiedyś Konigsberg.
         Późnym latem przemierzali ten fragment kolarze, jadący w "Tour de Pologne".
         Przed przejazdem kolejowym, aktywnym niezwykle, gdzie pędzą ekspresy i intercity z Warszawy do Gdańska i na odwrót, las. Na kilometr, po obu stronach szosy. Chwila odpoczynku dla kolarzy jadących w słońcu, chwila cienia dla kierowców wielkich i ciężkich składów samochodowych z rejestracją obcą, nowicjuszy w Unii Europejskiej, także z Rosji i Białorusi.
         Panienki
         
    Na skraju szosy, na wybiegu, u wylotu przecinki, panienki. Białoruś, Rosja, Bułgaria. Te nacje. Na nogach wysokich, o twarzach uśmiechniętych, wyzywających. Kruczowłose. Trzy, czasami cztery. Machały przyjaźnie do kierowców dociskających pedał gazu, do marzących o ich kobiecych wdziękach, do zdecydowanych nacisnąć na hamulec.
         - No to ile?
         - Pan sto, budjet sto...
         - I co za to?
         - Pasmatrisz, pan...
         Ten stanął, tamten jechał dalej. Krótki przystanek - w lesie, w kabinie, w deszczu.
         Frekwencja różna, w zależności od ochoty.
         Stały, znikały, znów się pojawiały, czekały. W mieście wiedziano, że stoją. Początkowo wywoływały sensację. Niektórzy z miejscowych jechali, żeby zobaczyć. Nieliczni, żeby przekonać się w praktyce. Co potrafią i za ile. Po jakimś czasie przestały robić wrażenie.
         Los Kupiducha
         
    Wesoło zrobiło się, gdy stary Wład Kupiduch pojechał rowerem i wrócił zadowolony. Niby tak sobie, na grzyby i w ogóle nie miał pojęcia, że TIR-ówki robią to z każdym, niezależnie od wieku. Zełgał, ale z takimi szczegółami, że ruch umysłowy się zrobił pod czaszką niektórych emerytów i rencistów.
         Albo taki Melkoś
         
    Spróbował więc na trasę wyjechać Bernard Melkoś, ale daleko przed lasem stracił równowagę i poniosło go do rowu. Zadyszki dostał. Inni mieli więcej szczęścia. Nie rwali do przodu, jechali równym tempem.
         Wiadomo, serce.
         Gdy wyszło na jaw, że nacja bułgarska, białoruska i rosyjska pomniejsza w znaczący sposób emerytury i renty kilku obywateli miasteczka, do akcji wkroczyły ich żony, pilnujące garów, czytające nekrologi w gazetach, przesuwające paciorki różańca.
         Mówiono, że najgorzej wyszedł Wład Kupiduch, któremu ślubna rozbiła sztuczne zęby. Bernard Melkoś, za to, że tylko próbował, przez tydzień nosił plaster na łysej głowie. Innych dopadł zakaz opuszczania miasta. Internowano ich na rynku. Tylko w tym obszarze mogli się poruszać, żeby odetchnąć świeżym powietrzem.
         Tylko sarny
         
    Nagle z trasy zniknęły przyczyny chwilowego - jak się okazało - upadku moralnego. Kierowcy nie spuszczali nogi z gazu, nie rozglądali się na boki. Czasmi z lasu wyskoczyła sarna.
         Mówią, że zima przyszła i dlatego ta pustka na wybiegu, gdzie przecinka leśna. Mówią też, że miastowe kobity się zebrały i przegoniły. Kto wie?
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo