Porwana

    Małgorzata Święchowicz

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Mogli jej obciąć głowę bez powodu. Albo zastrzelić. Ale byli ludzcy; zanim weszli, zapukali. wiązali nóg, rąk. I raz do jedzenia dali kurze udko.
    - Wymyślałam różne sposoby na przeżycie

    - Wymyślałam różne sposoby na przeżycie

         Teresa Borcz pamięta, że tamtego dnia wstała o piątej rano, założyła białe spodnie i czerwoną koszulę w serduszka. - Do ogrodu zawsze ubieram się starannie - mówi. I zawsze wstaje o piątej, tylko wtedy w Bagdadzie można porozkoszować się zielenią ogrodowych drzew, później trzeba iść do pracy albo siedzieć w domu, bo słońce za bardzo parzy.
         Pamięta, że tamci podeszli do bramy domu, prosili o pomoc. A kiedy wciągali ją do samochodu, wysunęła im się z rąk, wpadła w kałużę. Syn sąsiadki wyszedł zobaczyć, co się dzieje. I gdyby nie to, że tamci musieli ją wyciągać z błota, zabiliby chłopaka. W Iraku lepiej nie być ciekawym, w ogóle lepiej nie wychodzić z domu.
         Może chciała krzyczeć?
         
    Oczywiście nie pamięta, jak długo ją wieźli. Nie rozpoznałaby ani drogi, ani ich twarzy. Miała zawiązane oczy, bała się. Ale w końcu, ile można się bać? Ze strachu człowiek nie jest w stanie logicznie myśleć. Ani działać. A ona chciała coś robić. Na przykład, jak już ją wsadzili do ciemnego pokoju, często wołała, że chce do ubikacji. Tam piła wodę z kranu, więc znów ją musieli wyprowadzać. Starała się wtedy zagajać, wciągać ich w dyskusje.
         Pomieszczenie, do którego trafiła, miało koce w oknach. Ciemno, duszno. Raz podeszła, chciała uchylić okno. A oni chcieli powstrzymać ją ołowiem - ten, który wpadł do pokoju, miał już broń odbezpieczoną i nerwy jak postronki. Był gotów posłać jej kulę. Może myślał, że zdążyła coś zobaczyć albo że chciała krzyczeć - na pomoc.
         Bez rachuby
         
    Jedzenie podawała jej kobieta. Zawsze dwa razy - o świcie i po zachodzie słońca. Był akurat ramadan i wszyscy tak jedli.
         - Sami niewiele mieli, a jednak dzielili się ze mną.
         Rano dostawała jajko, chleb, herbatę. Albo tylko chleb. Albo tylko herbatę. Wieczorem talerzyk ryżu. Albo zupy fasolowej. Raz była noga z kury.
         - Wymyślałam różne sposoby na przeżycie, a nie pomyślałam o tak prostej rzeczy, jak krzyżyki. Krzyżykami mogłam zaznaczać, jak długo tam jestem.
         Nad ranem koce w oknach trochę się rozjaśniały, więc powinna liczyć świty. Albo liczyć śniadania i kolacje. Nie liczyła.
         - Szybko straciłam rachubę.
         Krwawy film za banany
         
    Gdy do pokoju wchodzili mężczyźni, musiała zakładać chustę na głowę. Jeśli nie zdążyła, odwracali oczy.
         Kiedyś rozsiedli się u niej, opowiadali, jak to jest uciąć komuś głowę. Że po ucięciu nerwy w szyi długo jeszcze podskakują. - To bardzo jest śmieszne - mówili. - kiedy nerwy tak same z siebie unoszą się, i opadają, unoszą, i opadają. Więc śmiali się z tych nerwów, aż jednemu, najgrubszemu, brzuch z radości podskakiwał. To ona też się śmiała, bo co miała robić.
         Wcześniej widziała, jak się ucina głowę - na suku w Bagdadzie można kupić filmy video z napadów na amerykańskie konwoje. Trzeba przyznać, że grupa, prawdopodobnie ludzi Abu Musaby al Zarkawiego ma już doskonale opanowane sposoby. Zasadzkę zawsze przygotowuje się starannie - Amerykanie albo giną od razu w wybuchu, albo się ich dopada i dobija. Czasami nożem, żeby dłużej trwało. Na suku taka kaseta z zasadzki nie kosztuje więcej niż pół kilograma bananów. Tak więc, Teresa Borcz, zanim ją porwali, mogła sobie zobaczyć, jak to się odbywa - łapie się człowieka na ulicy, przewraca na plecy, głowę opiera o krawężnik, piłuje trzymając za włosy.
         Ciekawiło ją, jak ona by to zniosła? Jak bardzo by ją bolało, czy by krzyczała? Bo Amerykanie, których piłują ludzie Zarkawiego, krzyczą okropnie.
         Twarz wydaje się obca
         
    Halina Borcz, mama Teresy, mieszka w Krakowie. 28 października akurat miała wyjść do apteki, kiedy podali, że w Iraku porwano jakąś Polkę. Włączyła telewizor, zobaczyła kruchą blondynkę w czerwonej koszuli, oczy podkrążone. Obok porywacze z Brygad Salafickich Abu Bakra as Saddika, ubrani na czarno. Jeden mierzy z pistoletu, drugi odczytuje listę żądań - wycofanie polskich wojsk z Iraku, uwolnienie wszystkich kobiet z irackich więzień. Twarz kobiety w czerwonej koszuli wydaje się obca, więc Halina Borcz gasi telewizor, idzie kupić leki.
         Lucyna, siostra Teresy, jest akurat w pracy, gdy wpada syn. - Wiesz, że ciocię porwali?
         Przez trzy dni nie mają żadnej oficjalnej informacji. Wiedzą tylko tyle, ile zobaczą w telewizji, usłyszą w radiu, przeczytają w gazetach. A w gazetach dziennikarze wypisują różne rzeczy o Teresie, o jej mężu Hussainie Abdulu Chalifie. Że pamiętają go w krakowskiej Wyższej Szkole Teatralnej, że co prawda naukowiec, ale ostatnio przepadł bez wieści, a kiedyś walczył w czasie wojny iracko-irańskiej, należał do BAAS, miał "różne prace", w tym także w wywiadzie. I że Teresa Borcz (po Uniwersytecie Jagiellońskim), też ma powiązania z wywiadem, zna angielski, francuski, słowacki, słoweński, staro-cerkiewno-słowiański, włoski, arabski.
         Że odkąd zamieszkała w Iraku, przestała być chrześcijanką. Że kiedyś krótko pracowała w polskiej ambasadzie, ale ją wyrzucili.
         Że była agentką Saddama Husajna, a teraz pomaga Amerykanom, pracuje dla Halliburtona.
         Kiedy zobaczyła te artykuły w gazetach, miała ochotę pozwać dziennikarzy do sądu.
         Ona i wywiad? Ona i Halliburton? - Bzdury. Same bzdury - mówi. Przyznaje, kiedyś przychodzili do niej Amerykanie, chcieli, żeby dla nich pracowała. - Odmawiałam. Po co mi to? Pieniędzy nie potrzebuję, bo ile można mieć domów, na ilu łóżkach spać?
         Bardzo dobra okolica
         
    W Bagdadzie pracować dla Amerykanów, to jak wydać na siebie wyrok śmierci.
         Teresa Borcz mieszka w dzielnicy Dora, przed wojną to była bardzo dobra, spokojna okolica, chrześcijanie, muzułmanie. Niektórzy bardzo bogaci.
         Teraz ci bogaci wydają się trochę ubożsi. Za to tym, którym przed wojną żyło się średnio, teraz żyje się bardzo źle. A ci, którym żyło się źle, żyje się beznadziejnie.
         Kiedyś butla z gazem kosztowała 250 dinarów, teraz - 7 tysięcy. Tak więc ludzie nie mają gazu, nie mają ropy. A tu wszystko na ropę. Albo na prąd. A prądu też nie ma. Czasami włączą na dwie godziny, a na cztery wyłączą.
         - Ja, na szczęście, znalazłam w domu stary samowar na węgiel drzewny - mówi. Dzięki temu miała wodę na herbatę, wodę do mycia. Węgiel pod samowarem, to był jedyny sposób na uzyskanie ciepła. Od dwóch lat nie ma szyb w oknach domu. A dom duży - 400 metrów. W zimowe noce zawsze trzeba było owijać się w kilka koców.
         - Czy gdybym pracowała dla jakiegoś wywiadu, musiałabym marznąć? - pyta.
         Porywaczom też to wydało się dziwne.
         Później trochę ich nawet strofowała: - Trzeba było najpierw dobrze się zorientować, kogo porywacie.
         Mówiła, że w Polsce z nikim nie utrzymuje kontaktów, więc nikt się nawet o nią nie upomni. I kiedy premier Belka powiedział w telewizji, że żadnych negocjacji z porywaczami nie będzie, cieszyła się. Belka porywaczom wytrącił broń z ręki. Już nie mieli powodu, żeby ją trzymać. A z drugiej strony, niby dlaczego mieli ją wypuścić? Czuła, że trochę im zaczyna ciążyć. Raz wydawało się, że już nie mają ochoty jej zabić. A innym razem, że jednak mają. Choćby po to, żeby dotrzymać słowa.
         500 kartonów
         
    Nie mogła spać. Wie, że kiedy ją przetrzymywali, zbierali o niej informacje, chodzili po dzielnicy, podW końcu ludzie dobrze ją tam znają, przemieszkała w Bagdadzie 27 lat.
         Więc jak tamci z Brygad Sazaraz po porwaniu, robili rozpoznanie, ludzie mówili o niej dobre rzeczy. Ktoś powiedział, że Teresa naucza irackie dzieci. Ktoś sobie przypomniał, że pomogła mu w chorobie. Ktoś, że na początku wojny razem ze wszystkimi wzięła się do sprzątania ulic, i że jak przyszedł głód, zdobyła dary z Czerwonego Półksiężyca - 500 kartonów, w każdym ryż, herbata, cukier, olej, dwie parówki, dwie puszki mięsne...
         Głód w Bagdadzie jest taki, że rodzice porzucają dzieci. - Wciąż słyszy się komunikaty - mówi Teresa Borcz. - Tu znaleziono porzucone dziecko, tam znaleziono. Czy ktoś się po nie zgłasza? Skąd! Gdzie trafiają? Nigdzie. Włóczą się, żebrzą, czasami na zlecenie.
         Nowe władze mówią, że teraz dzieci mają dobrze, mogą chodzić do szkoły, dostały zeszyty, książki. Ale co z tego, kiedy nie mają matki. Albo matka boi się je wypuścić z domu, bo jak wypuści dzieciaka do szkoły, to nie wróci.
         Czasami nie wracają. Samochody-pułapki stawia się także pod szkołami.
         - Może ktoś myślał, że jak Amerykanie wykurzą Saddama Husajna, będzie lepiej - mówi Teresa Borcz. - Ale Saddama nie ma już dwa lata. A lepiej nie jest. Raczej o 300 procent gorzej.
         Weźmy ruch na ulicach. Zamiera. Kogo stać na benzynę? Albo kto jest tak sprytny, żeby unikać konwojów amerykańskich? Nikt, komu życie miłe, nie chce jechać za konwojem albo przed nim. Nikt nie chce być w pobliżu, jeśli pojawią się ludzie al Zarkawiego.
         Straszne rażenie
         
    Strach w Bagdadzie jest taki, że czasami żołnierzom odbiera rozum. A cywilom chęć do życia.
         Teresa Borcz pamięta początek wojny - pod przedszkolem porzucony iracki czołg. Amerykanie boją się podjechać zbyt blisko, więc walą w czołg z daleka, bez uprzedzenia. W czołgu są materiały wybuchowe, więc rażenie jest straszne - giną ludzie na ulicy, trzęsą się domy w całym kwartale. U Borcz runie kolumna podtrzymująca dach i w oknach wypadną szyby. Dotąd ich nie wstawiła. Sąsiedzi też nie wstawili.
         Ale co tam szyby.
         W okolicy ostatnio dużo jest pogrzebów. U najbliższych sąsiadów - cztery. Kiedyś nie chodziła na stypy, myślała, że to będzie ludzi krępowało. A oni z kolei myśleli, że ich nie ceni. Więc zaczęła się pojawiać. Taka stypa, Fatha, to wielkie wydarzenie - czasami trwa nawet tydzień. Każdy przynosi, co ma - worek ryżu, herbatę, mąkę. Albo papierosy. Jeśli rodzina jest w klanie, to nawet najbiedniejsza zarzyna w te dni barany.
         Słyszała, że najwięcej ludzi ginie na ulicy Hajfa. Czasami ciężko jest wyciągnąć kogoś z gruzów. A to dla Irakijczyków dodatkowy ból, bo oni mają w zwyczaju chować swoich bliskich szybko, a później długo obchodzić Fathę.
         A to nie pułapka
         
    Kiedy ludzie z Brygad Salafickich postanowili, że nie utną jej głowy? Nie wie. Do końca myślała, że zginie. Szczególnie, gdy dali jej czarne ubranie - tob islami. Zawiązali oczy, wyprowadzili. Najpierw wydało jej się to dziwne, że pchają ją do samochodu, że jeżdżą w kółko i mówią coś o przeprosinach, i że powinna ich zrozumieć.
         - Pomyślałam: chcą mnie wysadzić w powietrze, zginę w samochodzie-pułapce.
         Kiedy zatrzymali samochód, straciła przytomność.
         Strzępki z niepamięci
         
    Jak się dostała do Polski? Nie pamięta. W pamięci ma ledwie jakieś strzępki: ktoś mówi, że już po wszystkim, że jest bezpieczna. Nie ma butów, ubrania, więc na lotnisku ktoś daje jej adidasy, sportową bluzę, czarne, męskie spodnie. Później, już w Warszawie, widzi mamę. Mama pyta: Ty żyjesz? Jakaś konferencja prasowa, dziennikarze, premier. Zimno jej w Polsce, w tych nylonach.
         Ale nie ma nic innego niż sztuczne, męskie spodnie. Chodzi w nich do tej pory. Teraz jeszcze dostała żółty sweterek. I to właściwie wszyco ma. Siedzi u siostry w Gliwicach.
         - Ale też ile można siedzieć u siostry? Ruszyć się nie mogę, nie mam dokumentów, nie mam pieniędzy - mówi.
         - Najważniejsze, że nie masz tych wszystkich NIP-ów, PIN-ów - uświadamia jej szwagier. Co znaczy, że zupełnie nie nadaje się do życia tutaj. Tęskni za Bagdadem. Tutaj włączy telewizor i widzi takie programy, jak "Bar". - Co za głupota - mówi. Otwiera gazetę i jest w szoku: widzi teksty obrażające prezydenta Kwaśniewskiego (- Żeby o głowie państwa pisać: Olek?). Albo widzi ogłoszenia agencji towarzyskich (nie to, żeby w Iraku kobiety się nie sprzedawały. Czasami biorą je Amerykanie, za pieniądze. - Ale one już nie żyją. Nawet, jeśli jeszcze chodzą po ziemi).
         Tak więc w Polsce nie czuje się, jak u siebie. Choć, jak wyjdzie z bloku, w którym mieszka siostra, jest pod wrażeniem. W sklepach tyle jest ślicznych rzeczy. Tyle książek (ona, w Bagdadzie, co miała w domu, to już dawno przeczytała, a biblioteki popalone). Tyle tu kolorowych magazynów, o modzie, o ogrodzie, o wnętrzach (ona tam, w domu, miała tylko stare Burdy). Tak więc teraz nie może się naczytać. Nie może naoglądać. Chciałaby zabrać trochę tych pięknych rzeczy tam. Zabrać trochę kosmetyków. Bardzo by się przydały irackim kobietom, które są już umęczone pogrzebami, wybuchami, biedą. Stoją szare przy piecach chlebowych, pieką dzieciom berety - placki hubus z mąki żytniej. Albo zdobywają ziemniaki, kroją dla każdego po dwa, podsmażają w oleju palmowym.
         Porwanie nieustające
         
    W Polsce nauczyła się korzystać z komputera (więc do Bagdadu chciałaby zabrać nie tylko kosmetyki, kolorowe magazyny, ale też koniecznie komputer). I chciałaby już wrócić. Niestety, słyszała, że granice zamknięte. Zresztą nie ma paszportu. A tęskni za domem, za swoimi psami (chyba ktoś im daje jeść? Chyba nie zginęły ?) - Pomyślałam, będę w Polsce, to chociaż dowiem się, jak wyglądało moje uwolnienie. Komu zaęczam życie? - mówi.
         Ale tu nikt z nią na ten temat nie rozmawiał.
         Tylko tyle usłyszała, że w rękach porywaczy była równo 20 dni. I że teraz jest już wolna.
         Więc dlaczego wydaje się jej, że wciąż jest porwana? Dlaczego nie może być tam, gdzie by chciała? Dlaczego nie może spać? Męczą ją koszmary takie, że wolałaby uciec od snu, od samej siebie.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo