Sowa taka deserowa

    Hanka Sowińska [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Warszawa ma Bliklego, a Bydgoszcz Sowę. Przez prawie pół wieku piekarnia oferowała bydgoszczanom "nasz chleb powszedni". Od kilkunastu lat firma Adama Sowy zaspakaja kulinarne gusta największych łasuchów.
    Stanisława i Feliks Sowa, właściciele firmy z ul. Pomorskiej  55

    Stanisława i Feliks Sowa, właściciele firmy z ul. Pomorskiej 55 ©Tadeusz Pawłowski

         Pomorska 55. Adres ten sam od blisko sześćdziesięciu lat. Tu mieszkają i - mimo sędziwego wieku - ciągle jeszcze pracują Stanisława i Feliks Sowa, właściciele jednej z najstarszych i najsłynniejszych w mieście firm piekarsko-cukierniczych.
         Jest rok 1946. Niedawno poślubieni małżonkowie przyjeżdżają z Grudziądza do Bydgoszczy. - Szukaliśmy czegoś dla siebie. Czegoś własnego - wspominają. Wcześniej rozglądali się w Chełmnie, ale nic dla siebie nie znaleźli.
         - Zaczęliśmy ze wspólnikiem na Kujawskiej 33. Ale to nie był człowiek konkretny, więc ta spółka szybko się skończyła. Przez pośrednika trafiliśmy na Pomorską 55 - przypomina pan Feliks.
    Żona dodaje: - Okazało się, że przed II wojną była tu już niewielka piekarnia. Należała do Polaka ożenionego z Niemką. Gdy nastała okupacja, piekarz wyprowadził się do Poznania, bo tam na pewno dostał coś lepszego. Tę historię znamy tylko z opowieści.
         Byli młodzi, nie mieli doświadczenia i padli ofiarą nierzetelności tego, który przez pośrednika próbował im "przehandlować" piekarnię i mieszkanie. Po wielu perypetiach mogli wreszcie wydzierżawić lokale, zamieszkać już nie kątem, ale w w normalnych warunkach i rozwinąć produkcję piekarniczą.
         Pan Feliks z wykształcenia jest cukiernikiem i piekarzem. Doświadczenie w fachu zdobywał podczas okupacji, pracując w piekarni w Grudziądzu. Jeszcze dziś wspomina piec rurkowy, na owe czasy bardzo nowoczesny, w którym wypiekano tam chleby.
         - Wojna się skończyła. W ludziach był wielki zapał. W 1946 r. jeszcze nic nie wskazywało na to, że życie w Polsce tak bardzo się zmieni. Rzemieślnicy byli potrzebni. Każdy, kto chciał nauczyć się zawodu, mógł to zrobić. Myśmy w tym fachu wytrwali, mimo wielu niesprzyjających posunięć ówczesnych władz.
         O pionierskich czasach zakładu przy Pomorskiej można przeczytać w krótkiej historii firmy A. Sowa.
         "Początkowo firma zajmowała się wypiekiem pieczywa i sprzedażą w przyzakładowym sklepie. Z czasem ofertę poszerzono o wyroby cukiernicze. Pierwsze kilka lat działalności to okres bardzo ciężki dla państwa Sowa. Pan Feliks zajmował się produkcją pieczywa. Do pomocy miał tylko jednego pracownika. Za sprawy organizacyjne i pozyskiwanie potrzebnych do produkcji surowców odpowiadała żona. Oprócz tego często pomagała zatrudnionej w sklepie ekspedientce".
         
    Zaczyniali pracę w piekarni o 1.00 w nocy. Rozczyn był już przygotowany. To w jego jakości tkwi tajemnica dobrego pieczywa. Gdy pytam pana Feliksa o nazwy tych wyrobów, które sam wypiekał, mówi: - U nas był dobry chleb i dobre bułki. Był chleb foremkowy i spychany. Na blasze układało się osiem placków, w dwóch rzędach po cztery, a potem klienci chcieli kupować tylko te z brzegiem. Zjadanie chrupiącej skórki stanowiło największą frajdę - śmieje się piekarz.
         Foremkowym i spychanym wyrobili sobie na bydgoskim rynku piekarską renomę. Dziś jeszcze spotykają starych klientów (a nawet ich dzieci), którzy mówią: "Pamiętamy, jak biegaliśmy do sklepu po chleb spychany".
         Nie byli sami na bydgoskim rynku piekarniczo-ciastkarskim. Niedaleko na Gdańskiej zakład i sklep miała (i ma do dziś) rodzina Bigońskich. Był jeszcze Dullin, Erdman, Wojtaszek, Drzewiecki, Tyburek i inni.
         Stanisława Sowa: - Cech organizował różne spotkania. Pamiętam wspaniały bal w Resursie Kupieckiej na ul. Jagiellońskiej. Przypominał te sprzed wojny. Goście świetnie się bawili, mijała już może druga godzina balu, gdy na salę weszły panie z wielkimi butlami perfum i rozpyliły wonności. To były ekspedientki ze sklepu drogeryjnego pana Baumgarta, znakomitego bydgoskiego kupca, który miał drogerię na rogu ul. Gdańskiej i Cieszkowskiego. Przypominam sobie, że po jakimś czasie te panie raz jeszcze się pojawiły i po sali rozniósł się cudowny zapach.
         Małżonkowie Sowa zapewniają, że między rzemieślnikami, przynajmniej w ich branży, nie było konkurencji. Wśród starej gwardii obowiązywały stare zasady rzetelnych rzemieślników. - Nie musieliśmy ze sobą konkurować. Zbyt był dobry, bo przecież na rynku wszystkiego brakowało. Na święta oprócz pieczywa mąż piekł babeczki drożdżowe, pączki. Jak mogliśmy, tak staraliśmy się wzbogacić naszą ofertę, ale nie kosztem kolegów piekarzy.
         O tym, że w ich gronie panowała zawodowa solidarność świadczą przypadki niezatrudnia uczniów, którzy dezerterowali, nie dokończywszy nauki.
         Na ul. Pomorskiej pierwszy piec do wypieku chleba był na węgiel i drewno. - Trzeba było pomyśleć o nowym. Ruszyliśmy z tą inwestycją, gdy zaczął się Polski Październik. Czyli wtedy, gdy Gomułka doszedł do władzy. W kraju taka rewolucja, a my mamy rozebrany piec. Mieliśmy dwóch speców od stawiania pieców, którzy uwinęli się z robotą w miesiąc. Jeszcze nie był gotowy, miał tylko część kanałów, a my już go rozgrzewaliśmy, by wysychał - opowiada pan Feliks.
         Popaździernikowa odwilż trwała krótko. Siermiężne czasy ekipy Gomułki nie sprzyjały produkcji rzemieślniczej. Nie lepiej było za Gierka. Władza tolerowała prywaciarzy, ale na każdym kroku próbowała im przykręcić "śrubę".
         W książce "Warszawskie małe ojczyzny" Olgierd Budrewicz napisał: "Nadszedł w końcu ów czas osobliwy, kiedy w Polsce zabrakło cukru. Pewnego dnia zmniejszono przydziały tego produktu tak drastycznie, że rzemieślnikom zajrzała w oczy perspektywa zamknięcia warsztatów. Na drodze istnienia warszawskich cukierników stanęli zawsze gorliwi, a niezbyt rozgarnięci biurokraci. Jak wiadomo urzędnicy na ogół przemijają z latami, i nikt nie pomni ich nazwisk, mistrzowie rzemiosła zaś trwają na swych posterunkach".
         Trwał więc zakład Feliksa Sowy, na przekór rozlicznym trudnościom, które były wpisane w ustrój planowej gospodarki, właściwej dla całego okresu PRL. - Czy pani wie, co to był za problem znaleźć ucznia do piekarni. Na nasze ogłoszenia nie było odpowiedzi. Chłopcy z miasta nie garnęli się do zawodu piekarza. Woleli duże zakłady. W fabryce było lepiej. Brali wszystkich. Tam mogli być zatrudnieni, nie mając żadnego fachu w ręku - przypomina pani Stanisława.
         Wszyscy uczniowie, którzy trafili do piekarni na ul. Pomorskiej pochodzili ze wsi. Właściciele firmy zapewniali im dach nad głową i wyżywienie.
         Lata 80. Na rynku ogromne niedostatki towarów. Kartki na prawie wszystkie podstawowe artykuły żywnościowe. Tylko chleb pozostał w wolnej sprzedaży. - Ale z dyscypliną wśród pracowników było coraz gorzej. Od sąsiadów dowiadywaliśmy się, że wynoszą worki. Chyba nie z mąką, bo za tania była.
         Ileż to lat pierwszy wstawał i ostatni kończył pracę w piekarni? - Wiele, więc gdy mieliśmy już więcej pracowników, mogłem im przekazać klucze. Ale nasi piekarze zaczęli okrutnie knocić robotę.
         Pani Stanisława nie kryje, że nawet jej pieczywo z własnej piekarni przestało smakować. - Nie dziwię się, przecież pijany nie upiecze dobrego chleba. Przychodzili wieczorem trzeźwi, a rano wychodzili pijani. Niedaleko nas był całodobowy sklep monopolowy. To jest nie do opowiedzenia, jak to wtedy było.
         ***
         Adam, młodszy syn państwa Sowa od dziecka pomagał w piekarni. - Nie stronił od miotły, nie trzeba go było namawiać na czyszczenie blach. Naprawdę był zainteresowany tym fachem - wspominają rodzice. Po studiach w Akademii Techniczno-Rolniczej (- Adam z wykształcenia jest inżynierem budownictwa - wyjaśnia mama), postanowił pozostać w rodzinnej firmie.
         Kiedy w Polsce nadszedł czas przełomu, zakład mógł wreszcie rozwinąć skrzydła. - Skończyliśmy z pieczywem, a firma pod nazwą Adam Sowa zajęła się produkcją wyrobów ciastkarskich. Nasz starszy syn Grzegorz też pozostał w tej branży. Ma w mieście trzy sklepy.
         Firma Adama Sowy jest spadkobiercą najlepszych tradycji zakładu, który od podstaw stworzyli Stanisława i Feliks. Bez wątpienia na bydgoskim rynku cukierniczym jest liderem; ma już dwanaście sklepów (w tym jeden w Toruniu). Wyroby z firmowym znakiem" sowy" docieraja do wielu miast w kraju, m.in. do Poznania, Gdańska, Gdyni, Włocławka.
         - Firma zarabia, a syn inwestuje. To jego "konik". W zakładzie już pracuje ponad 260 osób. Adam nie osiągnąłby tego bez pomocy rodziny i bardzo oddanego zespołu pracowników - zapewniają małżonkowie.
         Za dwa lata firma obchodzić będzie 60-lecie. Stanisława i Feliks Sowa twierdzą, że każdego fachu można się nauczyć i w każdej dziedzinie być artystą.
         - Tylko trzeba chcieć i trzeba być uczciwym - mówi pan Feliks.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo