Teczka figuranta

    HANKA SOWIŃSKA [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Ubecja wiedziała, że był "dwójkarzem". Ale o tym, że już jesienią 1932 r. stał się mózgiem Biura Szyfrów Oddziału II nie miała pojęcia. I to, bez wątpienia, uratowało Mariana Rejewskiego, genialnego matematyka i kryptologa z Bydgoszczy.
         Przez ponad dwie powojenne dekady organa bezpieczeństwa PRL nie znały prawdziwego życiorysu pogromcy "Enigmy". Różnymi sposobami próbowały rozgryźć tajemniczego urzędnika kontraktowego Oddziału II - wywiadu. Na nic zdały się wysiłki wielu ubeków i tajnych współpracowników.
         - Gdyby wiedzieli, że Rejewski, to ten Rejewski od "Enigmy", nie darowaliby mu. Albo skazaliby na wiele lat więzienia, albo zamęczyli - przypuszcza Krystyna Trepczyńska, naczelniczka bydgoskiej Delegatury Instytutu Pamięci Narodowej.
         Nie wiedzieli, bo... wiedzieć nie mogli. Jedna z dwóch największych sensacji ostatniej wojny (drugą była bomba atomowa) pozostała tajemnicą przez długie lata. Ci, którzy znali szczegóły, nie puścili pary z ust. Milczeli nie tylko Polacy. Także Francuzi i Brytyjczycy.
         Nic wam nie zrobimy
         Po zakończeniu wojny Rejewski powrócił z Anglii do Polski. Był 21 listopada 1946 r. - Mogę sobie wyobrazić, co tato czuł, gdy na powitanie w Gdyni usłyszał: "Nie bójcie się, nic wam nie zrobimy" - wspomina powrót ojca Janina Sylwestrzak, córka wybitnego kryptologa.
         Musiał znaleźć pracę, by móc utrzymać rodzinę. Nie miał łatwego zadania. Wrócił z Zachodu, a to wystarczyło, by nie być mile widzianym we własnym kraju. Z tego powodu dyplom renomowanej uczelni, a także referencje wybitnych profesorów i znajomość kilku języków bardziej przeszkadzały niż pomagały w zdobyciu posady. W końcu dostał etat w bydgoskim "Kablu", w dziale zaopatrzenia.
         Ślad pierwszej pracy w komunistycznej Polsce pozostał w aktach, które przechowuje bydgoski IPN. Tak zwaną teczkę Rejewskiego tworzą materiały z lat 1948-1969. Sfatygowana, tekturowa okładka, na niej napis "Kryptolog". Wewnątrz kilkadziesiąt dokumentów. Są wśród nich m.in. akta wytworzone przez wydziały i sekcje Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, donosy informatorów o kryptonimie "Tom", "Włókniarz", "Demokrata" (sic!) i "Kaczmarek"; są też raporty funkcjonariuszy, napisany odręcznie życiorys, fotokopie prywatnych listów, także korespondencja żony i córki, odpisy świadectwa dojrzałości i dyplomu.
         Po omacku, bez dowodów
         Zachowała się ankieta personalna z "Kabla" z czerwca 1948 r. Urzędnicy działu kadr, którzy bez wątpienia byli silnie infiltrowani przez UB, dowiedzieli się, że mają u siebie nie byle kogo. Rejewski podawał, że skończył Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Poznańskiego, że był urzędnikiem kontraktowym Oddziału II. Dla funkcjonariuszy ta ostatnia informacja była szczególnie intrygująca.
         Organa bezpieczeństwa dwukrotnie podejmowały wysiłki, by "rozpracować figuranta". Pierwszy raz w 1948 r., drugi w połowie lat 50. O tym, że w sprawie Rejewskiego UB i całe zastępy tajniaków pracowały po omacku, i bez dowodów, świadczy odręczna notatka z marca 1949 r. Informator donosił:
         "M.R. był w Anglii, jak się tam dostał, nie jest nikomu wiadome. Przed 1939 r. w wojsku nie służył, bo miał kategorię "C". Stopień oficerski mógł otrzymać w Anglii lub będąc w Warszawie był w organizacji podziemnej".
         W lutym 1950 r. Rejewski stracił pracę w "Kablu". Według informatora o kryptonimie "Kaczmarek" powody zwolnienia były utrzymywane w zakładzie w wielkiej tajemnicy. Agent próbował wypytywać kierownika działu zaopatrzenia Michała Szumowskiego, ale ten niewiele powiedział. Nie krył natomiast, że stracił pracownika, który "prowadził mu dział tak, że wszystkie dokumenty mógł podpisywać z zamkniętymi oczami".
         Nie wypowiada się wrogo
         Wojewódzki Związek Spółdzielni Pracy - to kolejne miejsce zatrudnienia Rejewskiego. UB dało mu spokój. Nie na długo. 30 października 1952 r. niejaki Smalcerz donosił: "Nie stwierdzono, czy należał do jakiejś partii sanacyjnej. W Anglii służył w oficerskim korpusie Andersa. Do obecnego ustroju jest negatywnie ustosunkowany, lecz oficjalnie nie wypowiada się wrogo. Stara się maskować".
         Kolejny dokument pochodzi z czerwca 1953 r. Pisany jest odręcznie, na papierze w linie:
         "Prócz tego, że posiada znajomych wśród emigracji w Anglii, innych zaczepnych materiałów brak. Co robi obecnie, gdzie przebywa, brak danych. Nie interesujemy się nim od 1950 r."
         Po pięciu miesiącach został namierzony. Okazało się, że od powrotu do kraju nie zmieniał adresu. Dlaczego ustalanie miejsca zamieszkania trwało tak długo? Może to tylko opieszałość funkcjonariuszy i tajniaków, a może skutek bałaganu w firmie pod nazwą UB?
         Dyskretny, ale wszechstronny
         Na początku lutego 1955 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego powiadomiło bydgoskie UB, co wie o Rejewskim. O dziwo, centrala miała sporo informacji. Donosiła, że do 1939 r. pracował w Oddziale II w dziale szyfrów matematycznych, że w czasie okupacji był przydzielony do francuskiego Sztabu Głównego.
         Po dwóch tygodniach ppłk Górecki, szef bydgoskiego WUBP polecił przeprowadzenie dyskretnego, ale wszechstronnego wywiadu "na obywatelu M. Rejewskim."
         "W wywiadzie uwzględnić działalność do 1939 r., w okresie okupacji, po wyzwoleniu, kontakty i warunki materialne" - precyzował oficer. Wkrótce do WUBP trafiło pierwsze doniesienie:
         "Na tematy polityczne z lokatorami rozmów nie prowadzi, moralnie prowadzi się dobrze, jest mężczyzną spokojnym. Z rodziną i sąsiadami żyje w zgodzie. Nie wywołuje awantur. Tryb życia prowadzi spokojny, nałogów nie posiada".
         I znowu wielki zawód. Trudno było Rejewskiego na czymś przyłapać. Jednak nie wszystko pozostało stracone. W spółdzielni, która go zatrudniła, ubecja miała swoich ludzi.
         "Ustaliłem, że w miejscu pracy figuranta naszego rozpracowania posiadamy sprawdzonego informatora ps. "Włókniarz". Przy jego pomocy będziemy w stanie ustalić interesujące nas dane".
         Funkcjonariusze wojewódzkiego UB poczynali sobie coraz śmielej. Czuli, że Rejewski to ktoś, kto dużo wie. W sierpniu 1955 r. ppor. S. Rudnicki i por. Cz. Kortus poprosili o zgodę na przeprowadzenie z nim rozmowy. Chodziło m.in. "o ustalenie składu osobowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i nazwisk osób, które razem z Rejewskim powróciły do kraju. Chcieli również wiedzieć, czym zajmował się w Oddziale II i kim byli jego współpracownicy.
         Brat musi się męczyć
         "Góra" nie zgodziła się na rozmowę i dopiero 13 lutego 1956 r. kierownik wydziału II WUPB wniósł "o założenie sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej na Mariana Rejewskiego, jako na byłego oficera Oddziału II Sztabu Głównego, w dziale szyfrów obcych".
         Niezwykłą aktywnością w rozpracowaniu "figuranta" odznaczał się Jerzy Białkowski, starszy referent wydziału II WUBP. "Skoro pracował w Oddziale II to zna szereg osób, które bądź powróciły z nim do kraju, bądź przebywają za granicą, skąd starają się szkodzić PRL - podsunął konkretną propozycję szefowi i przedstawił siedmiopunktowy plan działania.
         Poważne zadanie otrzymali tajni współpracownicy. Gdy okazało się, że nie mają żadnych dojść do byłego kryptologa, próbowali inwigilować jego krewnych. 6 lipca 1956 r. tajny współpracownik "Tom" przekazał Białkowskiemu zapis rozmowy z siostrą Rejewskiego:
         "Ja bym chciała, by było jak dawniej. Mój brat też się musi męczyć, a jest dobrym matematykiem, no mógłby w tym kierunku pracować".
         Rozpracowanie nie przyniosło spodziewanych efektów. W końcu Rejewski przestał czuć na plecach oddech szpiclów. 12 czerwca 1958 r. oficer operacyjny wydziału II WUBP por. L. Jóźwiak wydał postanowienie o zakończeniu sprawy i przekazaniu akt do archiwum.
         "W toku rozpracowania nie ustalono, by figurant uprawiał jakąkolwiek wrogą działalność w stosunku do PRL. Również utrzymywane przez niego kontakty i obecne miejsce pracy nie dają podstaw do twierdzenia uzasadniającego jego ewentualne powiązania z wywiadem".
         Jestem tym od "Enigmy"
         Upłynęło jeszcze dziewięć lat, zanim Marian Rejewski ujawnił tajemnicę. Ponadstustronicowe "Moje wspomnienie z pracy w Biurze Szyfrów Oddziału II", przekazane w 1967 r. do Wojskowego Instytutu Historycznego, nie wzbudziło zainteresowania specjalistów. Zaskakujące!
         W tym samym roku ukazała się "Bitwa o tajemnice", w której Władysław Kozaczuk napisał: "Rozwiązanie przez polskich kryptologów niemieckiej maszyny szyfrowej "Enigma" przyczyniło się do odczytania szeregu depesz, uważanych przez sztab niemiecki za całkowicie zabezpieczone przed deszyfrażem".
         Nadal nie było wiadomo, kim byli śmiałkowie, którzy przechytrzyli niemieckich kryptologów. Jednak zagadka "Enigmy" była bliska rozwiązania. W 1973 r. we Francji wydana została książka gen. Gustave Bertranda, b. szefa Służby Wywiadowczej. Zachód dowiedział się, że to polscy matematycy byli autorami najbardziej inteligentnego zwycięstwa, odniesionego na długo przed agresją Hitlera na Polskę. Nazwisk Bertrand nie podał.
         - Kiedy warszawskie gazety zaczęły poszukiwać ludzi od "Enigmy", ojciec siadł do maszyny i napisał: "To właśnie ja jestem tym, który blisko 40 lat temu, jako pracownik Biura Szyfrów Oddziału II, rozszyfrował tę maszynę" - wspomina córka Rejewskiego
         
          Fotokopie pochodzą ze zbiorów bydgoskiej delegatury IPN.
         
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo