Więzienie zwykłych ludzi

    Więzienie zwykłych ludzi

    Adam Willma

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Więzienia pełne są zwykłych ludzi, podobnych do ciebie. Mówisz, że ciebie to nie dotyczy? Oni też tak myśleli.
         Najpierw ten metaliczny dźwięk. Klucze. Wielkie i ciężkie. Nosi się je po kilkanaście na pręcie, więc na korytarzach co rusz słychać pobrzękiwanie i chrzęst archaicznych zamków.
         Pustka
         
    - Później pustka w głowie. Kiedy człowiek siada na pryczy, wali się świat - wspomina Andrzej Kębłowski.
         Trochę jak w obcej, dalekiej krainie.
    Żeby przeżyć, należy poznać obyczaje tubylców, nie da się być ciągle z innego świata. Trzeba rozpoznać grypsujących od niegrypsujących, trzeba nauczyć się języka i kodeksu honorowego. Bo więzienie ma swoją godność, honor, prawo, ma swoje dobro i swoje zło.
         Andrzej
         
    Gdy kupowałeś gazetę kilka lat temu, obok kiosku mógł przejeżdżać opel Kębłowskiego. On sam elegancki, pachnący dobrą wodą toaletową jechał właśnie do pracy. Na biura wynajmował cały budynek, zatrudniał 16 osób. Kilka lat wcześniej wrócił z Niemiec, gdzie zarobił na interes we Włocławku.
         Aż pojawili się oni. - Powiedzieli, że muszą mieć swoją dolę. Ich dola to były towary pod konkretne zamówienia - mówi Kębłowski.
         Kupował bezpośrednio od producentów. Miał nadzieję, że wykpi się jednym czy drugim zakupem. Ale oni wracali, aż zadomowili się w firmie.
         - Powiedzieli, że gdybym się wygłupił, jest jeszcze przecież rodzina, są dzieci. Kiedy próbowałem się burzyć, zastałem na parkingu swojego opla z wybitymi szybami - wspomina Kębłowski. - A w do domu zadzwonił telefon. "Kupisz następny, zrobimy z nim to samo".
         Dług na koncie rósł każdego dnia. "Karki" chciały więcej. W końcu wywieźli Kębłowskiego do lasu. Wykopał sobie grób.
         To przeważyło. Wsiadł w autobus, wyjechał na drugi koniec Polski. Zaszył się w domu pośrodku lasu, u przyjaciela. Przez pół roku drżał na odgłos łamanej gałęzi. Gdy wyjeżdżał na zakupy do miasta każdy odgłos klaksonu, krzyk, szczeknięcie psa sprawiały, że uginały się pod nim nogi.
         Wrócił do domu tylko po to, żeby zobaczyć dzieci. Okazało się, że jest już list gończy. Za wyłudzenia. Twierdzi, że tymi pieniędzmi płacił haracze. Później przesłuchania, rozprawa. Wyrok.
         Nowe sytuacje
         
    Cela. Dobra cela: lekarz, policjant, adwokat. Dwaj pierwsi za łapówki, prawnik za pobicie kochanka żony. Żadnej grypsery, kultura. Dopiero później się wymieszało. Zwykli przemieszali się z grypsujacymi.
         Ale do kogoś trzeba otworzyć gębę. Gadka szmatka, ludzie w pierdlu mają dużo fantazji - czego to nie zrobili, czego nie mieli.
         Kębłowski: - O kobietach mówi się niewiele, szczeniaki, owszem, tęsknią. Starsi mają przed oczami dzieci, jeśli dla kogoś chcą wyjść, to dla nich. Jeśli przytulić, to dzieciaki.
         Dzieci najczęściej przyjeżdżają do zawodowców, dla których odsiadka w pierdlu to przystanek, jak każdy inny. Zwykli ludzie proszą, żeby dzieci nie przywozić. Nie chcą, żeby zapamiętały ten widok. Dzieci Kębłowskiego na początku nie wiedziały, ale nie można kłamać w nieskończoność. Któregoś dnia matka musi powiedzieć - Ojciec wróci za kilka lat.
         Kobiety to trudny temat. Z kobietami wszystko zależy od wyroku. Większość wytrzymuje rok, najwyżej dwa. Później przypadkiem pojawiają się nowe sytuacje, nowi mężczyźni.
         Tak odeszła Patrycja, dziewczyna Tomka. Wcześniej zadzwoniła, powiedziała, że czuje się jak kurwa, ale to już koniec. "Jesteś za dobrym człowiekiem dla mnie" - ucięła.
         Tomek
         
    Tomek, fajny chłopak z dobrego nauczycielskiego domu. Lubił chodzić własnymi drogami, zaszywać się górach, czytać książki i słuchać metalu.
         Wszystko przez ten jeden dzień. Konkretnie sobotę. Pracował przy budowie u wuja. Po pracy rozpalili grilla. Opróżnili butelkę, trzeba było iść po następną, padło na Tomka.
         W sobotę, wiadomo, przed sklepem pełno podpitych chłopaków. Coś się komuś nie podobało. Najpierw poszło na słowa, później na pięści. Zrobiła się zadyma, kilkanaście osób brało udział w bójce. Tomek zawsze był wysportowany, więc wytrzaskał kilku facetów po gębie, sam zaliczył kilka prostych.
         Następnego dnia do domu przyjechał radiowóz. Pobicie ze skutkiem śmiertelnym, siedem lat - sprecyzował sąd. Matka przez dwa tygodnie nie wychodziła z domu. Małe miasteczko nie zna litości dla matki mordercy.
         Przyszła na widzenie. Chwasty rosnące przy drodze do więzienia żywią się łzami matek. Ojcowie czasem zamykają się w sobie, nie potrafią wybaczyć, wycinają z ogrodu pamięci zdziczałe siewki. Matki wybaczają zawsze. Płaczą, ale wybaczają.
         Kazik
         
    Kazikowi nie miał kto wybaczyć. Matka zmarła niedługa przed jego uwięzieniem, ojca zapuszkowano razem z nim, na wszelki wypadek. Stary gospodarz pod koniec życia został wmieszany w zbrodnię, bo Kazik z formalnego punktu widzenia jest zabójcą.
         Z tym zabójstwem było tak, że w odwiedziny przyjechał brat cioteczny. Były akurat imieniny Kazika, więc odkorkowali kilka butelek wina. Kazik już nawet nie pamięta ile, ale kiedy biegli zbadali krew, u trupa, wyszło 4,3 promila, u Kazika jeszcze więcej.
         Kazik gospodarował na 8 hektarach - trochę mieszanki, żyta i ziemniaków, do tego trzoda i krowy, dało się wyżyć, w wolnych chwilach stać go było na zabawę w myślistwo. Pistolet to była zabawka, kupił go na targowisku za kilka groszy. Stary nagan miał 130 lat, pochodził z carskiej armii, ale pasowały do niego naboje 7,62. Tyle że często się zacinał.
         Więc siedzieli z kuzynem przy stole, aż Kazik poczuł że ma dosyć. Zwalił się do łóżka, odpłynął. Dopiero huk go obudził. Kuzyn leżał w kałuży krwi. W pierwszym odruchu Kazik chwycił za słuchawkę, wykręcił numer na policję, ale telefon ogłuchł. Później naszedł go strach. Wyniósł ciało na parking i pozostawił koło drogi. Policjantom wymyślił historyjkę, o rosyjskiej ruletce. To nie mogła być prawda, bo w starym pistolecie bębenka nie można było obracać, jak na filmach. Sąd skazał go w poszlakowym procesie na 12 lat.
         Rok 2012
         
    Od tego czasu nikt już Kazika nie odwiedza, nikt nie wysyła paczek, nie pisze do niego listów. Pozostała co prawda siostra, ale pokłócili się o gospodarstwo. Obory i chlewy opustoszały, ziemię uprawia sąsiad. Szarik, który pilnował obejścia przy budzie, zniknął. Dziewczyna Kazika odeszła do innego. Klony, na podwórzu, właśnie się czerwienią. Powracają w pamięci za każdym razem, kiedy przez osłonięte siatką okno w celi Kazik ogląda spacerniak i sąsiedni pawilon.
         Może jeszcze jesienią zobaczy te drzewa. Ma dostać kilka dni przepustki. Chce naprawić przed zimą przerdzewiały bojler. Do sąsiadów nie pójdzie, bo nie ma o czym gadać. Zresztą w ogóle mówi niewiele, bo z chłopakami w celi też nie mają wspólnych tematów. Tylko wychowawców pyta od czasu do czasu co na polach. Ale ludzie z miasta, nawet jeśli zobaczą pole, niewiele z niego potrafią zrozumieć.
         Do 17 maja 2012 zostało Kazikowi 8 lat, chyba że pomoże Strasburg, w którym jego sprawę zarejestrowano pod numerem 33309. Kazik już sobie wyliczył, że za uniewinnienie powinien dostać 209 tysięcy złotych. W sam raz na start, kiedy wróci na gospodarkę.
         Wiatr od lasu
         
    Od razu po wyjściu kupi sobie kawał zwykłej wiejskiej kiełbasy, nie takiej jak w więzieniu, co ją koty mijają z daleka.
         Kawa, kiełbasa i inne małe przyjemności urastają w więzieniu do rangi wielkich marzeń. Tomek chciałby, usiąść do jedzenia przy normalnym stole, jeść normalnymi sztućcami z normalnej domowej zastawy.
         Andrzej rozpocząłby wolność od jajecznicy z pomidorami. Zaraz po ostatnim kęsie ruszyłby na samotny spacer: - Bywa że zawieje od strony lasu. Zapach runa dochodzi do okna. Oddycha się tym powietrzem chciwie, żeby niczego nie uronić. Wyłapuje się odgłosy ptaków gdzieś daleko. Kto nie ma doświadczenia z odsiadką, nie wie, ile wart jest spacer po lesie. Po doświadczeniach z ostatnich lat wsiąkł gdzieś mój patriotyzm, zniknęła chęć robienia interesów, posiadania pieniędzy. Zniknęli ci, których uważałem za przyjaciół. Pozostał las.
         Kryminał to kawał wspólnego życia. Ten czas musi ludzi łączyć, więc ci którzy wychodzą, robią złudzenia tym, którzy zostają. Mówią: "napiszę kartkę". Ale nie piszą.
         Tomek: - Bo za kratkami nie ma przyjaźni. Z niektórymi czujesz się lepiej z innymi gorzej, tylko tyle. Nikomu nie można zaufać, każdy może na ciebie donieść. Ufać możesz tylko sobie.
         Andrzej: - Jeden tylko dotrzymał słowa i przysłał kartkę z wolności. Policjant. Umówiliśmy się na kufel zimnego piwa.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo